Joanna Srebro

Joanna Srebro-Drobiecka (1932-2006)

Joanna Srebro-Drobiecka (1932-2006). Urodziła się w Tarnowie. Studia artystyczne ukończyła na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie w 1962 r. uzyskała dyplom pod kierunkiem prof. Wacława Taranczewskiego. Od początku była artystką niezależną, tworzącą własne wizje. W żadnym okresie swego malarstwa nie rywalizowała z trendami dominującymi w tej sztuce. Pozostała wierna swojemu sposobowi patrzenia na świat. Była artystką oryginalną, znakomitą, chociaż mało docenianą.
Brała udział w licznych wystawach (około 55) okręgowych, ogólnopolskich i oddziałowych Związku Polskich Artystów Plastyków w kraju i za granicą, wskazujących na jej ogromną pracowitość. W Tarnowie miała liczne wystawy indywidualne – poczynając od 1963 r. mniej więcej co dwa lata (1963, 1965, 1967, 1982, 1987, 1997). W 1965 r. wystawiała w Krakowie na wystawie Młodych Malarzy Krakowa; w 1966 r. w Szczecinie na III Festiwalu Polskiego Malarstwa Współczesnego; w 1971 r. brała udział w IV Ogólnopolskim Plenerze na Śląsku w Katowicach, a w 1973 r. w Międzynarodowym Plenerze w Olkuszu, w Schoten (Belgia).
Uprawiała malarstwo sztalugowe, czasami projektowała również freski, gobeliny i malarstwo ścienne.
W rocznicę 40-lecia pracy artystycznej (w 2002 r.) otrzymała Nagrodę Miasta Tarnowa.

Uprawiała malarstwo wielokierunkowe, w którym zawsze istniał jakiś podtekst tematyczny. W jej sztuce trudno jednak dopatrzeć się konkretnej figuracji – malowała plamami. W swoich obrazach podejmowała tematykę przyrodniczą – pejzaże, kwiaty, drzewa itp., a także problematykę dotyczącą spraw ludzkich. Zajmowały ją bardzo dziwne tematy, jak na przykład szalone dzieci, truchła zmarłych zakonników (malowane z natury), Władysław Sikorski, Józef Piłsudski i jego legenda, Wincenty Witos i ludowcy, Chrystus. Na odwrocie jednego z ostatnich obrazów zamieściła słowa: „Cierpienie – dlaczego?”. Napis ten może być kluczem do zrozumienia jej twórczości. Cierpienie stało się bowiem podstawowym elementem, a właściwie istotą jej malarstwa (obrazów).
„ (…) Malarstwo Joanny od początku było ludzkie, pełne emocji, myślenia, rozmowy i wielkiej dyskusji ze światem. Od początku Jej sztuka wyrażała, przy pomocy ekspresjonistycznych form rozmaite stany ducha, spojrzenie na świat, trzeba tylko było umieć je czytać, znać zwyczajnie język malarstwa.” … (Stanisław Potępa, Katalog wystawy „Joanna Srebro – retrospekcje 1997r.” ).

Wystawy
1965 r. – Malarstwo i Rzeźba z okazji 600-lecia UJ w Krakowie – Tarnów
1965 r. – Wystawa Młodych Malarzy – Kraków
1966 r. – III Festiwal Malarstwa Współczesnego – Szczecin
1967 r. – Wystawa Plener Myślenicki – Myślenice i Kraków 1968 r.
1970 r. – I Ogólnopolska Wystawa Malarstwa i Grafiki – Tarnów
1971 r. – Ogólnopolski Plener – Katowice
1972 r. – Wystawa „Kopernik – Kosmos” – Kraków
1973 r. – Międzynarodowy Plener w Olkuszu
– wystawy indywidualne: Tarnów 1963, 1965, 1967, 1982, 1987, 1997

 

Otrzymała liczne nagrody, m.in.:
• Wojewody i Prezydenta Miasta Tarnowa,
• Odznaczenie – Zasłużony Działacz Kultury,
• Nagrodę Miasta Tarnowa w dziedzinie twórczości artystycznej w roku 2002 (w rocznicę 40-lecia pracy artystycznej).
Jej prace znajdują się w zbiorach Muzeum Okręgowego w Tarnowie, Urzędzie Wojewódzkim w Tarnowie i Krakowie, Urzędzie Miasta w Tarnowie oraz w zbiorach prywatnych w kraju i za granicą.

Wkrótce po śmierci Joanny Srebro-Drobieckiej, chcąc zachować pamięć o malarce, w Tarnowie zorganizowano poświęconą jej dużą wystawę i pokazano film dokumentalny „Joanna”, w reżyserii Bogusława Hynka

Wspomnienia o Joannie Srebro-Drobieckiej

Wspomienia Antoniego Sypka, czerwiec 2013

Na Joannę Srebro zwróciłem uwagę pod koniec lat 60. XX wieku. Miałem wówczas ledwo dwadzieścia kilka lat. Ulica Wałowa i Krakowska były deptakami Tarnowa od dawna. Młodzi i starsi wyznaczali sobie spotkania na tym swoistym tarnowskim A-B. Odwiedzano kawiarnie, kina, liczne sklepy, szlifowano bruk tych ulic, spotykano codziennie te same twarze, flirtowano, dokazywano, lampartowano.

Joanna Srebro-Drobiecka, bo tak brzmiało jej pełne nazwisko, którego drugi człon był nazwiskiem jej męża, o czym dowiedziałem się znacznie później, zwracała uwagę wielu przechodniów, tych młodszych i tych starszych. Zwracała uwagę swoim ubiorem. Było one nietypowe dla czasów siermiężnego peerelu. Nie znaczy to, że ludzie nie ubierali się wtedy modnie czy elegancko. Strój nie wyróżniał w tych czasach tak, jak się dzieje obecnie. Na palcach jednej ręki można było wymienić tarnowskich elegantów czy elegantki. W małym, prowincjonalnym mieście, jakim był Tarnów, nic nie uszło uwadze tzw. opinii publicznej, szczególnie tej z kawiarń, restauracji, z zabaw, wieczorków tanecznych, w końcu ze spacerów wymienionymi ulicami.

Strój Joanny był jakiś inny. Zawsze miała ekstra dodatek, który zwracał uwagę. Mógł to być kapelusz, chustka na głowie, męski kaszkiet, kolorowa przepaska na włosach. W latach późniejszych bardzo często ubierała się w wojskową bluzę i spodnie koloru khaki, takie, jakie nosili widziani przez nas na filmach komandosi amerykańscy. To był jej ulubiony ubiór w pewnym okresie. Ale to było później, w latach może 80. czy 90. Joanna była może nie tyle ekstrawagancka, co bardzo oryginalna w swoim wyglądzie. Od razu było widać, ze jest artystką, członkinią nielicznej, miejscowej bohemy. Na dodatek paliła papierosy podczas spacerów na ulicy, co nie było tak częste, jak dziś, wśród kobiet czy młodych dziewcząt.

Nosiła ciemne okulary zasłaniające jej oczy. Miała charakterystyczny sposób poruszania się po ulicy. Lekko pochylona do przodu, ale nie za bardzo, szła nie oglądając się ani za siebie, ani w bok. Nie zwracała zupełnie uwagi na mijających ją przechodniów. Wzrok miała raczej skierowany pod swoje stopy. Trochę później dowiedziałem się, że jest chora, często ma depresje, szuka samotności, przebywa w specjalistycznych ośrodkach. Brała leki antydepresyjne, stąd pewnie jakaś ostrożność w poruszaniu, nieobecność i zagadkowość dla patrzących na nią. O tym, jak powtarzam, dowiedziałem się znacznie później.

W 1973 r. prowadziłem pierwszy w Tarnowie za czasów PRL antykwariat z książkami. Książki w latach 70. stawały się bardzo deficytowym towarem. Po prostu ich brakowało. Brakowało popularnych od przedwojnia powieści, brakowało encyklopedii, słowników, atlasów, książek kucharskich, książek specjalistycznych. Księgarnie zalane były propagandową sieczką, którą nikt nie chciał czytać. Mój antykwariat był normalną księgarnią Domu Książki. Specyficzną jego cechą było to, że nie mogłem kupować przedwojennych książek. Takie to były czasy. Wydane przed wojną książki, a nawet białe kruki wydane w ubiegłych wiekach, nie mogły być przeze mnie zakupywane, To było bardzo śmieszne, to znaczy mogło być śmieszne, gdyby nie było głupie.

Antykwariat mieścił się na ulicy Bernardyńskiej, w małym parterowym, starym dziewiętnastowiecznym domu, prawie naprzeciw kościoła oo. Bernardynów. W sprzedaży były popularne „tygrysy”, książki o wojnie, poszukiwane romanse choćby Rodziewiczówny, Mniszchówny. Kryminały, książki przygodowe, bajki dla dzieci, albumy, klasyka polska i światowa, którą się wyzbywała będąca w nędzy stara przedwojenna inteligencja. Miałem swoich klientów, dla których te książki trzymałem. Antykwariat zajmował potężne pomieszczenie o klasycystycznym sklepieniu, kiedyś musiał być tu mieszczański salon albo pokój gościnny. Wystawa z książkami wychodziła na ulicę. Miałem regały w środku pomieszczania, z boku kasę i swój stolik. Za regałami było przejście, taki sobie kącik socjalny. Można tu było wypalić papierosa. Czasem ktoś wpadał na wino. Zakryci regałami pełnymi książek wznosiliśmy toasty nie będąc widocznymi dla wchodzących do księgarni.

Pewnego dnia do antykwariatu weszła Joanna Srebro-Drobiecka. Jak wspomniałem znałem ją jedynie z przypadkowych spotkań i z opowiadań. Przeglądała książki na półkach, a ja wreszcie mogłem, dyskretnie na nią zerkając, napatrzeć się do woli. Po parunastu minutach zagaiłem rozmowę. Opowiedziałem jej, że spotykam ją od lat, wiem, że jest malarką. Była wyraźnie ucieszona tym moim zainteresowaniem. Z bliska wyglądała młodziej niż na ulicy. Była starsza ode mnie o jakieś 10-15 lat, tak mi się wydawało. Joanna kilka razy gościła w antykwariacie, dając się namówić na jedną czy dwie lampki wina. Po tych lampkach nabierałem odwagi, by zapytać o jej dzieje, życie. Wtedy dowiedziałem się o jej tarnowskich korzeniach, o studiach na krakowskiej ASP, o chorobie, o lekarstwach, o kamedułach na Bielanach, o szpitalach. Dowiedziałem się o jej małżeństwie z Piotrem Drobieckim, znakomitym artyście malarzu, nauczycielu rysunku w Zespole Szkół Plastycznych, czyli popularnym „plastyku”.

Z antykwariatu wyrzucono mnie po roku, czy też może ja sam zrezygnowałem, już nie pamiętam. Powróciłem z powrotem do swojego zawodu nauczycielskiego. Kontakt z Joanną był coraz rzadszy. Któregoś dnia zapytałem, czy nie zrobi mi portretu. O dziwo się zgodziła. Wiedziałem już wówczas, że jest malarką przede wszystkim „dziwnych rzeczy”, że raczej nie maluje portretów, ani pejzaży, że sztuka jej, krótko mówiąc, jest bardziej symboliczna czy abstrakcyjna. Joanna miała pracownię w dawnym Hotelu Krakowskim przy Wałowej 2, przebitym wtedy podcieniami. Pracownia jej, to dość obszerny jeden pokój na pierwszym piętrze. Ta stara kamienica, niegdyś bardzo znany hotel, miał wewnątrz imponujący dziedziniec. Piętra okalały balkony z który wchodziło się do różnych pomieszczeń. Pracownia Joanny sąsiadowała z klubem „Merkury. Artystyczny nieład, farby, pędzle, sztalugi, fartuchy, ramy, stelaże, bałagan, ale kontrolowany. W kąciku jakiś fotel czy tapczanik, pewnie często tam nocowała. To było jej królestwo i jej świat.

Przychodziłem na sesje kilka razy. Po jakimś czasie obraz był gotowy. Zatytułowała go „Portret nauczyciela”. Nie mogłem go odebrać, bowiem Joanna wysyłała obraz na wystawę organizowaną przez nauczycielstwo, bodajże do Kielc. Portret zdobył pierwszą nagrodę na tej wystawie. Wkrótce mi go podarowała. Obraz olejny w stylu Modiglianego. Moja twarz jest wyraźnie pociągła, głowa lekko skrzywiona na bok, szyja nazbyt wydłużona. Był oprawiony w cieniutkie ramy robocze. Byłem z niego bardzo zadowolony.

Z czasem mój kontakt z Joanną był sporadyczny. Ja miałem swoje sprawy, rodzinę, pracę, ona borykała się z biedą, samotnością, depresjami, chorobami. Z Piotrem nie mieszkali razem. Na wernisażach, na których bywałem częstym gościem, widziałem ich rozmawiających po przyjacielsku. W latach 80. i 90. Joanna miała wiele wystaw w Tarnowie, niemniej jej malarstwo nie cieszyło się powodzeniem, nie miała amatorów na kupno swoich obrazów. Czasem wpadało trochę grosza, kiedy zaprzyjaźniony z Piotrem lub z nią dyrektor którejś z tarnowskich placówek kulturalnych czy fabryk, kupowali jeden czy dwa obrazy. Wisiały one później bez składu ni ładu w różnych pokojach dyrektorskich, czy na korytarzach firm lub szkół. Joanna nie zamierzała nigdy malować pod publiczkę. Pytałem ją często, dlaczego nie maluje pejzaży, kwiatów, rzeczy realnych, zrozumiałych dla przeciętnego odbiorcy. Mówiła, że maluje jak jej serce i głowa dyktuje, że maluje będąc natchnioną.

Jedyny wówczas w Tarnowie krytyk sztuki z prawdziwego zdarzenia Stanisław Potępa, mój przyjaciel i kolega, bardzo cenił malarstwo Joanny. Jego entuzjastyczne, perfekcyjne recenzje malarstwa Joanny, nie powodowały jednak wzrostu zainteresowania jej obrazami. To były dwa światy. Joanna miała swój świat, przeciętni odbiorcy swój. Nieliczni koneserzy i znawcy czasem kupowali dla siebie obrazy Joanny, nie było ich wielu. W środowisku malarskim, jak zauważyłem, cieszyła się uznaniem, wielu młodszych czy starszych malarzy miało o jej sztuce dobre zdanie.

Gdzieś tak pod koniec lat 80. stałem się genealogiem. Robiłem wiele genealogii rodzin tarnowskich. Miałem zamówienia, a także pisałem Przewodniki po Starym Cmentarzu. Metryki tarnowskie znałem więc bardzo dobrze z licznych kwerend archiwalnych. Po jakimś spotkaniu zapytała mnie Joanna, czy nie zrobiłbym genealogii rodziny Srebrów. Z chęcią na to przystałem. Uzgodniliśmy warunki, miałem otrzymać jeden czy dwa jej obrazy. Przecież nie mogłem od niej wziąć pieniędzy, przede wszystkim ich nie miała. Pracownia jej w tym czasie mieściła się na poddaszu, a może na piętrze kamienicy przy ulicy Ujejskiego. Okazało się, że Joanna pochodziła ze starego chłopsko-mieszczańskiego rodu ze Strusiny. Srebrowie zamieszkiwali tę wieś, czy raczej przedmieście, przynajmniej od połowy XVIII w. Kiedy wręczyłem jej genealogię, z wykresami i tabelami jej przodków, była wyraźnie wzruszona. Nic nie wiedziała o rodzicach ojca czy o pradziadkach. Cieszyłem się, ze zrobiłem jej tą genealogią rodzinną wielką przyjemność.

W latach 90. i na początku XXI wieku Joanna nadal zachowała swój styl zarówno w ubiorze jak i zachowaniu. Nadal była ekscentryczna, nadal nikt obojętnie nie przeszedł obok niej, zaintrygowany jakimś szczegółem w jej ubiorze. Dziś wydaje mi się, że była wraz z upływem lat spokojniejsza, jak gdyby depresje nie były tak częste, jej psyche się uspokoiła. Takie miałem wrażenie po rzadkich, kilka razy na rok spotkaniach przypadkowych., przez swoją sztukę i osobowość, w historię Tarnowa drugiej połowy XX wieku.

Wówczas zachorowała. Mieszkała w małej klitce w bloku przy ulicy PCK. To taki podłużny blok, którego front zwrócony jest do ulicy Klikowskiej, zaś wejścia do bloku znajdują się od ulicy PCK. W chorobie, która szybko postępowała, niezwykle uczynny był jej mąż Piotr. Kilka razy dziennie ją odwiedzał, dostarczał bułeczki, chleb, mleko, potrzebne środki. Sam już nie był młody i dźwiganie siatek czy zakupów na drugie piętro sprawiało mu trudność. To było niezwykłe poświęcenie ze strony Piotra. W końcu Joanna położyła się na dobre. Miała jakieś problemy z nogami i z ranami na nogach i podudziach. Wówczas Piotr poprosił Basię, moją żonę, o odwiedzenie Joanny. Znaliśmy się z Piotrem, gdyż razem kwestowaliśmy od lat na rzecz ratowania Starego Cmentarza. Piotr Drobiecki był jednym z założycieli Komitetu Opieki nad Starym Cmentarzem, którego ja byłem prezesem.

Basia odwiedzała często Joannę, zmieniając jej opatrunki, bądź z nią rozmawiając. Była chorobą bardzo zmęczona i bardzo zniecierpliwiona. Wtedy w podzięce za opiekę podarowała Basi kilka małych obrazów, w tym obraz Matki Boskiej, której twarz była podobna do twarzy Joanny w cierpieniu. W tym czasie, w 2003 r., zmarł nagle Piotr Drobiecki. Położenie Joanny było ciężkie. Już wcześniej wiadomo było, że Joanna wymaga stałej opieki całodobowej. Nieunikniony wydawał się jej pobyt w jakimś ośrodku dla przewlekle chorych. Zdawała sobie z tego sprawę. Znajomi załatwili Dom Pomocy Społecznej w Nowodworzu, tam jakiś czas przebywała. Później dopiero się dowiedziałem, że stamtąd znalazła opiekę u ss. Józefitek z Tuchowa.

Wielka tarnowska malarka zmarła 3 listopada 2006 r., otoczona siostrami józefitkami, które zagwarantowały jej godną śmierć i opiekę przed śmiercią. Tak sobie myślę, że pełne cierpień życie Joanny, jej sztuka często niedoceniana za życia, jej borykanie się z biedą i niedostatkiem, przypominało żywot wielkiego Van Gogha. Tworzyli sobie świat i konsekwentnie starali się poprzez malarstwo znaleźć w nim swoje miejsce. Oboje byli bardzo samotni, ale przecież na swój sposób szczęśliwi. Joanna Srebro-Drobiecka dała wiele wrażeń estetycznych wielu tarnowianom. Była postacią jakże bardzo związaną z ukochanym przez siebie miastem. Była kobietą, artystką, która wiele dla miasta, jak dziś widzimy, znaczyła. Wpisała się przez swoje życie

Z czasem mój kontakt z Joanną był sporadyczny. Ja miałem swoje sprawy, rodzinę, pracę, ona borykała się z biedą, samotnością, depresjami, chorobami. Z Piotrem nie mieszkali razem. Na wernisażach, na których bywałem częstym gościem, widziałem ich rozmawiających po przyjacielsku. W latach 80. i 90. Joanna miała wiele wystaw w Tarnowie, niemniej jej malarstwo nie cieszyło się powodzeniem, nie miała amatorów na kupno swoich obrazów. Czasem wpadało trochę grosza, kiedy zaprzyjaźniony z Piotrem lub z nią dyrektor którejś z tarnowskich placówek kulturalnych czy fabryk, kupowali jeden czy dwa obrazy. Wisiały one później bez składu ni ładu w różnych pokojach dyrektorskich, czy na korytarzach firm lub szkół. Joanna nie zamierzała nigdy malować pod publiczkę. Pytałem ją często, dlaczego nie maluje pejzaży, kwiatów, rzeczy realnych, zrozumiałych dla przeciętnego odbiorcy. Mówiła, że maluje jak jej serce i głowa dyktuje, że maluje będąc natchnioną.

Jedyny wówczas w Tarnowie krytyk sztuki z prawdziwego zdarzenia Stanisław Potępa, mój przyjaciel i kolega, bardzo cenił malarstwo Joanny. Jego entuzjastyczne, perfekcyjne recenzje malarstwa Joanny, nie powodowały jednak wzrostu zainteresowania jej obrazami. To były dwa światy. Joanna miała swój świat, przeciętni odbiorcy swój. Nieliczni koneserzy i znawcy czasem kupowali dla siebie obrazy Joanny, nie było ich wielu. W środowisku malarskim, jak zauważyłem, cieszyła się uznaniem, wielu młodszych czy starszych malarzy miało o jej sztuce dobre zdanie.

Gdzieś tak pod koniec lat 80. stałem się genealogiem. Robiłem wiele genealogii rodzin tarnowskich. Miałem zamówienia, a także pisałem Przewodniki po Starym Cmentarzu. Metryki tarnowskie znałem więc bardzo dobrze z licznych kwerend archiwalnych. Po jakimś spotkaniu zapytała mnie Joanna, czy nie zrobiłbym genealogii rodziny Srebrów. Z chęcią na to przystałem. Uzgodniliśmy warunki, miałem otrzymać jeden czy dwa jej obrazy. Przecież nie mogłem od niej wziąć pieniędzy, przede wszystkim ich nie miała. Pracownia jej w tym czasie mieściła się na poddaszu, a może na piętrze kamienicy przy ulicy Ujejskiego. Okazało się, że Joanna pochodziła ze starego chłopsko-mieszczańskiego rodu ze Strusiny. Srebrowie zamieszkiwali tę wieś, czy raczej przedmieście, przynajmniej od połowy XVIII w. Kiedy wręczyłem jej genealogię, z wykresami i tabelami jej przodków, była wyraźnie wzruszona. Nic nie wiedziała o rodzicach ojca czy o pradziadkach. Cieszyłem się, ze zrobiłem jej tą genealogią rodzinną wielką przyjemność.

W latach 90. i na początku XXI wieku Joanna nadal zachowała swój styl zarówno w ubiorze jak i zachowaniu. Nadal była ekscentryczna, nadal nikt obojętnie nie przeszedł obok niej, zaintrygowany jakimś szczegółem w jej ubiorze. Dziś wydaje mi się, że była wraz z upływem lat spokojniejsza, jak gdyby depresje nie były tak częste, jej psyche się uspokoiła. Takie miałem wrażenie po rzadkich, kilka razy na rok spotkaniach przypadkowych.

Wówczas zachorowała. Mieszkała w małej klitce w bloku przy ulicy PCK. To taki podłużny blok, którego front zwrócony jest do ulicy Klikowskiej, zaś wejścia do bloku znajdują się od ulicy PCK. W chorobie, która szybko postępowała, niezwykle uczynny był jej mąż Piotr. Kilka razy dziennie ją odwiedzał, dostarczał bułeczki, chleb, mleko, potrzebne środki. Sam już nie był młody i dźwiganie siatek czy zakupów na drugie piętro sprawiało mu trudność. To było niezwykłe poświęcenie ze strony Piotra. W końcu Joanna położyła się na dobre. Miała jakieś problemy z nogami i z ranami na nogach i podudziach. Wówczas Piotr poprosił Basię, moją żonę, o odwiedzenie Joanny. Znaliśmy się z Piotrem, gdyż razem kwestowaliśmy od lat na rzecz ratowania Starego Cmentarza. Piotr Drobiecki był jednym z założycieli Komitetu Opieki nad Starym Cmentarzem, którego ja byłem prezesem.

Basia odwiedzała często Joannę, zmieniając jej opatrunki, bądź z nią rozmawiając. Była chorobą bardzo zmęczona i bardzo zniecierpliwiona. Wtedy w podzięce za opiekę podarowała Basi kilka małych obrazów, w tym obraz Matki Boskiej, której twarz była podobna do twarzy Joanny w cierpieniu. W tym czasie, w 2003 r., zmarł nagle Piotr Drobiecki. Położenie Joanny było ciężkie. Już wcześniej wiadomo było, że Joanna wymaga stałej opieki całodobowej. Nieunikniony wydawał się jej pobyt w jakimś ośrodku dla przewlekle chorych. Zdawała sobie z tego sprawę. Znajomi załatwili Dom Pomocy Społecznej w Nowodworzu, tam jakiś czas przebywała. Później dopiero się dowiedziałem, że stamtąd znalazła opiekę u ss. Józefitek z Tuchowa.

Wielka tarnowska malarka zmarła 3 listopada 2006 r., otoczona siostrami józefitkami, które zagwarantowały jej godną śmierć i opiekę przed śmiercią. Tak sobie myślę, że pełne cierpień życie Joanny, jej sztuka często niedoceniana za życia, jej borykanie się z biedą i niedostatkiem, przypominało żywot wielkiego Van Gogha. Tworzyli sobie świat i konsekwentnie starali się poprzez malarstwo znaleźć w nim swoje miejsce. Oboje byli bardzo samotni, ale przecież na swój sposób szczęśliwi. Joanna Srebro-Drobiecka dała wiele wrażeń estetycznych wielu tarnowianom. Była postacią jakże bardzo związaną z ukochanym przez siebie miastem. Była kobietą, artystką, która wiele dla miasta, jak dziś widzimy, znaczyła. Wpisała się przez swoje życie, przez swoją sztukę i osobowość, w historię Tarnowa drugiej połowy XX wieku.

Wspomnienia Witolda Pazera październik 2013

Pamiętam Joannę jak dziś, gdy paląc papierosa spoglądała spod przymrużonych powiek, obserwując świat przez nieodłączne ciemne okulary…
W spotkaniach z ludźmi, szczególnie spoza środowiska artystycznego, była bardzo wyciszona, a nawet wręcz unikała kontaktu z osobami sobie nieznanymi; siadając gdzieś cichutko w kącie w trakcie oficjalnych spotkań, by w pewnym momencie wyjść z poczuciem straconego czasu, czy ze zniecierpliwieniem, często jałowymi, nieefektywnymi dyskursami, przemowami …

Już w latach swej młodości była odosobniona … Na tarnowskim podwórku była zawsze inna. Jej rzucająca się w oczy sylwetka wpisana była w pejzaż miasta; „Pamiętam postać niezbyt wysokiej kobiety, z dużymi i bardzo charakterystycznymi okularami, z warkoczami przetykanymi rzemykami lub tasiemkami, sunącą ulicami Tarnowa. Jej ekstrawagancki, trochę indiański bądź też militarny strój, były łatwo rozpoznawalne…. ”Pisała we wspomnieniu o Joannie Dorota Jucha.
Lecz jej inność nie polegała tylko na sposobie bycia, indywidualnym stylu ubierania się, zachowywania. Przede wszystkim inne i oryginalne było jej malarstwo. Nie pasujące do twórczości ówczesnego środowiska artystycznego. To malarstwo było zawsze samotne i nie tylko wtedy, (myślę, że także i teraz ). W tym mieście, w tym kraju.

Kiedy niepowodzeniem zakończyła się operacja wszczepiania nam socrealizmu, nastąpiła w pewnym momencie eksplozja malarstwa abstrakcyjnego, której efektem i kwintesencją był słynny warszawski „Arsenał` z 1955 roku; pokaz ówczesnej Młodej Sztuki! W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, abstrakcja stała się wszechobecną w państwowych Galeriach, na Salonach i Przeglądach Sztuki. Malarze w Polsce (także Grupa Krakowska) eksperymentowali wtedy z abstrakcją gestu, materii i form strukturalnych.

Joanna była aktywnym uczestnikiem wystaw tamtych czasów. Już w 1965 roku brała udział w wystawie z okazji 600-lecia Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, także w Wystawie Młodych Malarzy w tym samym roku. a w 1966 roku w prestiżowym II Festiwalu Malarstwa Współczesnego w Szczecinie, który po dziś dzień jest ważnym ogólnopolskim przeglądem Młodej Sztuki. Również i w Tarnowie w 1970 roku zorganizowano I Ogólno –polską Wystawę Malarstwa i Grafiki w której oczywiście artystka uczestniczyła.

Sama o sobie mówiła; ” Jesteśmy najpiękniejszym pokoleniem i cały świat należy do nas” – I tak właśnie żyła.
Niefrasobliwie niedoceniana przez miejscowych decydentów, była szalenie konsekwentna wobec siebie i linii swojej twórczości. Dr Stanisław Potępa pisał m. In. o niej.: „ Malarstwo Joanny od początku było ludzkie, pełne emocji, myślenia, rozmowy i wielkiej dyskusji ze światem. Od początku Jej sztuka wyrażała, przy pomocy ekspresjonistycznych form rozmaite stany ducha, spojrzenie na świat, trzeba tylko było umieć je czytać, znać zwyczajnie język malarstwa.” …
Osobiście nie wiem na ile w owym czasie docierały do nas – i do samej Joanny – wieści, reprodukcje, amerykańskiego abstrakcyjnego ekspresjonizmu , w którym można upatrywać odniesień i korzeni jej malarstwa … Oczywiście można, ale już wtedy Joanna była artystką niezależną, malującą własne nastroje i wizje nawet w obrębie tak rozwijających się wtedy wszelkich form abstrakcji! Poprzez wystawy i plenery – Srebro utrzymywała kontakt z ówczesnym środowiskiem, tak krakowskim jak i ogólnopolskim. W Tarnowie, mówiąc szczerze nie miała w owym czasie inspirującej artystycznie, malarskiej „konfraterni”. Dopiero w latach osiemdziesiątych dotarła do Tarnowa fala nowego postmodernizmu, wraz z przybyłymi po studiach młodymi artystami, głownie absolwentami krakowskiej ASP !
Osobiście najbardziej pamiętam obrazy Joanny z lat 70 – tych, które widywałem na jej retrospektywnych wystawach, lub pokazywała mi dużo później (gdy poznaliśmy się trochę bliżej) w swojej pracowni. Te płótna kojarzyły mi się wtedy właśnie z siłą, ekspresją Kline, czy Kooeniga, ale to były moje malarskie skojarzenia, bo zawsze w swych obrazach artystka była inspiracją samą dla siebie! Nie mniej Joanna doskonale wpisywała się w charakter dramatycznego przekazu ekspresyjnej abstrakcji … Szczególnie malarstwo Franza Kline określanego „malarzem akcji”, który nawiasem mówiąc jest także moim „guru” , stanowił myślę, swoisty „spiritus movens” dla twórczości Joanny. …. Obrazy z tamtego okresu są dla mnie – malarza, najbardziej konsekwentnymi abstrakcyjnymi kompozycjami, w których tak zamysł jak i realizacja były do końca prowadzone z rozmysłem i mocą wewnętrznej ekspresji ! Są to dzieła emanujące mocnymi akcentami koloru w opozycji i kontraście do ogólnie wyważonej i często monochromatycznej kompozycji. Na rozprowadzane szeroko plamy koloru, malarka nakładała zdecydowanymi ruchami pędzla – rysunek, – linie , często czarne , wyraziste, czasem tylko sugerujące opisywanie jakiejś rzeczy, postaci.. Oczywiście Joanna już wtedy malowała obrazy przedstawiające. O konkretnej fabule, czy temacie; postacie robotników, , autoportrety, portrety przyjaciół, znajomych, także fabryczna architekturę , pejzaże, kwiaty… Były to płótna o żywych kontrastowych barwach . Postacie górników, pejzaże malowane były zdecydowanie i mocno ! Są to mniej znane płótna malarki, a szkoda ! Dopiero o wiele później Joanna zaczęła malować cykle o mrocznej kolorystyce i eschatologicznej tematyce..

Artystka z tak silną osobowością , zaczynała obraz mając zawsze dokładnie wytyczony zamysł, kolorystykę obrazu… Oczywiście , że jak u każdego malarza koncepcja mogła ulegać w trakcie realizacji różnym zmianom, ale główne założenia kompozycji były zawsze przez malarkę konsekwentnie realizowane !
Zdarzyło mi się wielokrotnie rozmawiać z Joanną, na tematy stricte malarskie, czyli nasze – zawodowe. Lecz nie były to rozmowy łatwe. Bywałem z Joanną na organizowanych plenerach. Rozluźniała się wtedy na ogólnych plenerowych spotkaniach już po pracy… Gdy siadywaliśmy z kieliszeczkiem wina i zaczynały się rozmowy mniej lub bardziej związane ze sztuką . Joanna włączała się z rzadka, ale sprawiała wrażenie osoby bardzo zainteresowanej rozmowami, tematem , sytuacją.

Na plenerach nie trzymała się żadnych typowych plenerowych zasad. Owszem – jej obrazy bywały mniej lub bardziej związane z miejscem w którym przebywaliśmy, czy był to pejzaż, czy architektura, ale realizowała swoje własne „widzenie” pleneru.

Obserwowałem ją przy pracy. Kilkakrotnie zdarzyło się , że mieszkaliśmy blisko siebie , nawet sąsiadując pokojami. Wpadałem wtedy do niej na „malarską” przerwę, na kawę, papierosa… Joanna miała swój własny rytm dnia. Podzielony na czas pracy i odpoczynku. Muszę przyznać, że nie była oazą gościnności, nie przerywała w trakcie wizyt pracy ; malowała nawet w czyjejś obecności robiąc przerwy w dla niej właściwych momentach. Wtedy lubiła czasem porozmawiać. Ale z naszych rozmów nie wynikało to co mnie ciekawiło najbardziej ; na ile Joanna znała , ceniła twórczość przedstawicieli amerykańskiej ekspresji w abstrakcji. A dzisiaj już trudno i myślę niepotrzebnie, dywagować o wpływach ich sztuki na charakter jej malarstwa. Wiem, że raczej nie lubiła np. Pollocka .Myślę że był on dla Joanny za pogmatwany, za przypadkowy . Artyści którzy sami walczą ze swoją często wielowarstwową psychicznie osobowością cenią u innych zdecydowanie i porządek tak w życiu jak i w obrazie !

Joanna mówiła mi ; że… malarz powinien być zawsze panem procesu tworzenia ! Chociaż dla nieznających zawiłości powstawania dzieła, większość obrazów artystki jakby temu przeczy. Nic bardziej mylnego. Do dzisiaj mam przed oczami piękny , przemyślany obraz Joanny ; widok na Klasztor Redemptorystów w Tuchowie. Pamiętam go bardzo dobrze , ponieważ akurat wtedy malowaliśmy wspólnie z sąsiednich okien . Obraz, na którym biel murów klasztornych odbija naturalistycznie i impresyjnie światło słonecznego dnia, a ultramarynowe niebo przywodzi na myśl słynną nocną kawiarnię w Arles pędzla Van Gogha – dzieło, które kilka lat później smakowałem w Muzeum d`Orsay. Siedziałem wtedy jak zamurowany przed ultramarynowym nocnym niebem , a z zakamarków pamięci przypływał do mnie tamten tuchowski, rozświetlony pejzaż Joanny.
Bywałem tez w mieszkaniu Drobieckich… Joanna nie pełniła roli typowej gospodyni domu, owszem cieszyła się z wizyty, ale to jej mąż Piotr przygotowywał herbatkę, czy kawę, przynosił jakiś napitek, lub szkło…
Joanna siadywała z nami ale co jakiś czas wychodziła do swego pokoju cos tam oglądała, notowała, przemyśliwała, wracała, by za którymś razem już nie powrócić…. Spotykaliśmy się tez w Galerii, na zebraniach Związku Artystów, a jednego razu braliśmy razem udział w konkursie organizowanym przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa , którego tematem był krakowski pejzaż miejski. I tak się złożyło , że wspólnie jechaliśmy na wernisaż do Krakowa i oboje otrzymaliśmy w konkursie nagrody …

Byłem także kilka razy u niej w pracowni na ulicy Wałowej. Pamiętam nie za jasne pomieszczenie z dużym oknem wychodzącym, tak mi się wydaje, na zachodnią oficynę.
Pracownia – poza miejscem w którym pracowała przy sztaludze i stołem służącym do „wszystkiego” – cala była zawalona obrazami. Jedne stały poukładane pod ścianami, inne wisiały , a te aktualnie malowane artystka ustawiała na obrazach starszych. Siadywałem nieopodal na krześle, a Joanna siedziała przy sztaludze i patrząc spod przymrużonych powiek analizowała ostatni obraz , czy cały cykl, który właśnie malowała. Siedzieliśmy prawie w milczeniu. Właściwie Joanna o nic mnie konkretnego nie pytała… może o to co aktualnie maluję , ale jakby nie oczekiwała odpowiedzi, ani też analizy czy refleksji na temat swoich płócien. Jeżeli cos chwaliłem to patrzyła jakby z niedowierzaniem, czasem tylko mówiąc – tak sadzisz ?!
Joanna po prostu nie narzucała swojej osoby innym i nie zabiegała w swoim malarstwie o podobanie się. A pod koniec życia, właściwie wszystkie jej obrazy wydawały się wręcz odpychające w sensie estetycznym, lecz automatycznie stawały się jak najbardziej prawdziwe , wręcz destrukcyjne i szczerze oddające stan duszy artysty, jego odczucia w konfrontacji ze światem i własnymi wewnętrznymi rozdarciami…
W ostatnim etapie twórczości ogarnęła ją pasja tworzenia serii tematycznych. Były to poszukiwania skrajnie innych form wyrazu, nie tyle malarskich ile zawierających w sobie podstawowe pytania o sens życia . Były to wyjątkowe cykle i tematy: Chrystus , szalone dzieci, truchła zmarłych zakonników, ( malowane z natury ) Piłsudski i jego legenda, Witos. Obrazy z wizerunkiem Chrystusa, są dla mnie przejmujące – Jezus czasem przypomina postać siwego, zmęczonego życiem starego człowieka o twarzy, która może być zarówno ludzkim wyobrażeniem Boga jak i pogańskiego Swaroga, czy żydowskiego Kaplana…
Wszystkie te obrazy cechuje monochromatyzm koloru ; szarości, czernie i biele, ale przede wszystkim ekspresyjny tragizm przedstawień. Zamyślenie nad człowiekiem , nad nasza nietrwałością, nad nieuchronnością odejścia…. Szczególnie w cyklach; zmarłych zakonników i „szalonych” dzieci” , które są niesamowite w realistycznym dramatycznym przekazie.

Ktoś powiedział, ze każdy obraz powinno zaczynać się, jakby nic się wcześniej nie umiało, od początku. Takie są tez i obrazy Joanny. Szczególnie te ostatnie. Za każdym razem autentyczne , często wręcz brutalne ; ocierające się, a właściwie mieszczące się w nurcie brut artu !. Gdyż w ostatnim okresie twórczości każdy jej obraz, czy cykl powstawał jakby od nowa z pominięciem wcześniejszych dokonań…
Tak … Pamiętam ; trochę smutne , zarazem tajemnicze wnętrze pracowni Joanny .. To wnętrze i tajemne, targane psychicznymi sprzecznościami duchowe wnętrze Joanny w owej chwili wzajemnie się dopełniały… Taką ją zapamiętałem. Czasem nieobecną , zamyśloną …lecz opowiadającą w swej sztuce obrazami o sobie; o swoich namiętnościach, o dręczących ją odwiecznych pytaniach ; czym jest dla nas życie, miłość, śmierć !
Tak… taką Joannę zapamiętałem.

Artykuł o Joannie Srebro-Drobieckiej

Artystka prawdziwa
Niezrozumiana, niedoceniana, odrzucona, zapomniana…

To pierwsze skojarzenia z postacią Joanny Srebro, które rodzą się w mojej głowie po rozmowie z jej przyjaciółmi, osobami, którzy znali ją od lat, którzy nie przeszli obojętnie wobec jej  ogromnego talentu malarskiego.
Joanna była osobą bardzo złożoną, a zarazem prostą. Ukończyła studia artystyczne w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie w roku 1962 otrzymała dyplom pod kierunkiem prof. Wacława Taranczewskiego – prawdziwego mistrza i czołowego polskiego malarza. Jak wspomina Marek Niedojadło – znany tarnowski malarz i przyjaciel Joanny – to, że prof. Taranczewski wybrał właśnie Joannę spośród grona tak licznych studentów, było ogromnym wyróżnieniem dla artystki. Uprawiała ona malarstwo sztalugowe, przeważnie na dużych formatach. Poprzez ekspresję wyrażała siebie i swoje wizje artystyczne. Inspiracji szukała w przyrodzie i wierze. Wiele czerpała z koloryzmu, co bez wątpienia wpisywało się w szkołę prof. Taranczewskiego. Charakterystyczne dla niej były duże pociągnięcia pędzlem i rozmach, z jakim podchodziła do dzieł. Joanna uprawiała malarstwo gestu, dla niej płótno było tym samym, czym jest scena dla aktora. Była artystką niezwykle płodną, ale i bardzo skromną, pełną pokory. Z relacji jej przyjaciół wynika, że popełniła około tysiąca dzieł, których los większości jest do dnia dzisiejszego nieznany.
Po studiach Joanna powróciła do  rodzinnego miasta Tarnowa i tam zamieszkała wraz z mężem Piotrem Drobieckim, również malarzem. Ich związek to była wielka miłość. Pomimo trudnych chwil i rozstań, Joanna zawsze miała oparcie w swoim mężu – wspominali przyjaciele malarki podczas spotkania (15.04.) w Klubie Studenckim „Przepraszam” po projekcji filmu dokumentalnego pt. „Joanna” w reż. Bogusława Hynka – cyklicznej imprezy w ramach Bardzo Kulturalnych Poniedziałków. Pomimo tego wsparcia malarka silnie odczuwała samotność, którą potęgował dodatkowo brak zrozumienia przez otaczający ją świat.

Dlaczego Joanna pozostała niezrozumiana? Wielu uważało ją za dziwaczkę, osobę oderwaną od rzeczywistości, zamkniętą w sobie i wycofaną. Jednak niewielu potrafiło zrozumieć jej artyzm, pasję i oddanie sztuce, której bezwzględnie poświęciła całe swoje życie. Przywołując w pamięci Joannę Srebro Marek Niedojadło mówi o niej, że była to osoba nieufna, z natury neurotyczna i bardzo wrażliwa. Upust emocjom dawała malując obrazy, przelewając na płótno swoje cierpienie, ból, wewnętrzne udręczenie i niewypowiedziany żal. Malarstwo Joanny było bardzo osobiste – opowiada dalej znany malarz – generowanie kolorem i precyzja, z jaką Joanna tworzyła swoje dzieła, były niesamowite i pełne podziwu. Niesamowite było również to, że artystka nie szła nigdy na kompromisy w kwestiach sztuki, nie pozwoliła się zaszufladkować, nie tworzyła pod czyjeś dyktando, nie poddawała się trendom, komercjalizacji – ona malowała, żeby wyrzucić z siebie niepokoje, a malarstwo wynikające z potrzeby serca przetrwa – dodaje Marek Niedojadło.

W unikalnym filmie Bogusława Hynka możemy zatrzymać się na chwilę przy tej postaci, zobaczyć ją, usłyszeć. Z pewnością jest to tylko namiastka tej złożonej, ale jakże interesującej osobowości. Joanna malarstwo traktowała niezwykle poważnie, aż do bólu, aż do stanów chorobowych – wspomina inny tarnowski malarz Jan Matras. Jest to świadectwo artystki ponadczasowej, profesjonalnej i bezkompromisowej, dla której sztuka była całym życiem. Ciepłe wspomnienia o artystce zachowali także m.in. Jacek Wróbel, Jadwiga Jarosz, Krystyna Baniowska – Stąsiek, czy Jacek Janicki. Zapamiętali ją jako osobę nieobecną duchem, zamyśloną, niezwykle oczytaną, a mimo to głęboko zanurzoną w swoim własnym świecie, milczącą, ale także jako osobę niepowtarzalną w swojej twórczości, wyjątkową i  ponadczasową, której kunszt malarski nie został doceniony zarówno przez współczesnych, jak i potomnych.
Jedyną osoba, która starała się jej pomóc zaistnieć, otworzyć się na świat był Stanisław Potępa, ówczesny dyrektor Muzeum Okręgowego w Tarnowie, jednak mimo to artystka zderzyła się z brakiem zainteresowania i murem oporu ze strony odbiorców. W 2002 roku Joanna Srebro została uhonorowana Nagrodą Miasta Tarnowa z okazji 40–lecia pracy artystycznej. Był to jednak trudny okres w życiu malarki ze względu na chorobę i problemy osobiste. Nagroda nie miała dla niej wówczas znaczenia, gdyż sztuka przestała już być istotą jej życia.
Joanna była gotową, spełnioną artystka, jednak świat nie był gotów, aby dostrzec jej talent i docenić jego wartość. Odeszła w ciszy i samotności swojego pokoju 3 listopada 2006 roku w Domu Pogodnej Jesieni w Tuchowie u Sióstr Józefitek, gdzie najprawdopodobniej znajduje się także część jej dorobku malarskiego.
Dzięki malarstwu nie czuję się samotna, dzięki niemu jestem potrzebna innym ludziom. Dla nich maluje świat moich przeżyć, wzruszeń, refleksji, niepokojów – mówi sama artystka. Całe swoje życie poświęciła dla idei sztuki, jednak nie została odkryta. Zapisała się w pamięci nielicznych a Ci, którzy ją docenili, nie pozostali obojętni wobec jej talentu. Czy na trwale zapisze się na kartach historii Tarnowa i nie tylko? Czas rozstrzygnie. Zatrważające jest jednak jak niewiele osób, w szczególności młodego pokolenia, nazwisko Joanny Srebro kojarzy z Tarnowem, ze sztuką, z malarstwem…
Tym cenniejsza wydaje się być prekursorska inicjatywa tarnowskiego kuriera kulturalnego, który za jeden z celów swojej działalności przyjął przywracanie pamięci o ludziach mających znaczący wpływ na tarnowską kulturę, chociaż często za życia niedocenianych, zapomnianych i odrzuconych.

Jolanta Frączek (Tarnowski Kurier Kulturalny,  [10.09.2013 r.])

Zdjęcia Joanny Srebro-Drobieckiej

Informacje o Joannie Srebro-Drobieckiej